13 września 2017 Literatura Poezja

Trawers – no more chirpy, kurka!

 

O wierszu Trawers Andrzeja Sosnowskiego

Trawers – fragment drogi wspinaczkowej, która nie pnie się do góry, lecz prowadzi w poprzek zbocza. Trawers stanowiący część drogi, może być jedynie jednym z jej trudniejszych fragmentów[1].

Gdybyśmy mieli potraktować ten fragment z Wikipedii jako metaforę, moglibyśmy opisać wiersz Sosnowskiego. Mamy tu bowiem wszystko, o czym wspomina encyklopedia: wspinaczkę jako próbę odgadnięcia sensu, która okazuje się ostatecznie drogą w bok, ucieczką na drugą stronę zbocza.

To tylko jedna z możliwości odczytania tytułu, bo samych znaczeń tego słowa jest więcej. Trawers to też konstrukcja – poprzeczna belka z kilkoma punktami podwieszenia, wykorzystywana w budownictwie. Trawers ma też swoje znaczenie w lotnictwie, informatyce, słowniku gier komputerowych, jeździectwie, opisie elementów fortyfikacji. Do tego możemy dołożyć nasze skojarzenia z tym słowem: trawers jako słowo, które mieści w sobie awers (przeciwieństwo rewersu) oraz wersy. Słowo może też wyrażać niechęć (awersje) wierszy oraz wynikającą z tego traumę. Trawers mógłby więc być kontaminacją traumy i awersu albo szerzej: multikontaminacją traumy, awersji, awersu i wersów.

Wygląda na to, że Sosnowskiemu zależało, aby tytuł utworu był jak najbardziej wieloznaczny. I nic w tym dziwnego. W jednym z wywiadów autor Taxi mówi bowiem:

Są tytuły pojemne i zachłanne, są też ciche i pokątne jak mysz. Myślę, że podobają mi się zwłaszcza te, które otwierają jakąś ścieżkę – jakieś „tajemne” przejście pomiędzy sobą a całą zatytułowaną resztą.

Stąd może ta wieloznaczność, to „tajemne przejście”, o którym wspomina autor – skoro nie możesz poradzić sobie z jednym słowem, bo rozbija ci się na kilkanaście znaczeń, które wchodzą ze sobą w różne związki, to dlaczego miałbyś powiedzieć cokolwiek o kilkunastu stronach podobnych słów. Czy jednak możemy tutaj zaufać autorowi?

Jak się bawi stolica?

Wyobraź sobie taką sytuację. Jesteś odłamkiem jakiegoś niezidentyfikowanego przedmiotu, który dryfuje bezwładnie między Poznaniem a Warszawą. Właściwie to nie płyniesz bezpośrednio po wodzie, tylko na barce. Barka jest wystarczająco duża, żeby pomieścić wielkie ogrody, ale równocześnie na tyle mała, aby nie stykać się z innymi barkami. Płyniesz sobie bardzo spokojnie, mijają lata na bezwładnym dryfowaniu. Czujesz coś w rodzaju biblijnego spokoju. Nie to, że w Biblii nikt nikomu nie poderżnął gardła, ale czujesz spokój zawarty w samym słowie Biblia. Biblia jest spokojna. Jak woda na której się unosisz. I nagle czujesz, że coś zaczyna się zmieniać, a Twój statek, czy barka płynie do centrum. „Biblijny” spokój przekształca się w ciekawość, trzeba w końcu zobaczyć: „jak się bawi stolica”.

Tak rozumiem właśnie poemat Trawers. Sosnowski opisuje tu pewną szczególną sytuację przemieszczenia. I teraz rewelacja, która mi się ukazała po przeczytania tego fragmentu. Trawers to też ruch prostopadły do kierunku, który wyznaczył sobie statek. Czyli w Trawersie nie chodzi być może o potencjalność języka, a o pewną abberację, zboczenie z kursu. A jak weźmiemy pod uwagę, że bohaterem poematu są różne rejestry języka, sytuacja dodatkowo się skomplikuje.

Właśnie języki są jedną z ciekawszych rzeczy w tym utworze. Nie jest trudno zauważyć, że Sosnowski poświęca dużo uwagi współczesnym jego odmianom. Mamy ich tu co najmniej kilka: korporacyjny: „witamy witamy/menadżera lidera dewelopera”; entertainment „śledzili nas tylko/w Fashion TV i nie mogli się nadziwić”; gazetowy: „Czy nie można było temu zapobiec?”; kapitalistyczny: „Nikt nie nabywa”; regulacji i kodeksów prawnych: „Tylko umownie występuje pod pewnymi warunkami”.

Najciekawsze są jednak momenty styku, kiedy jeden język miesza się/graniczy z drugim. I tak, umowny kres istnienia żywych trupów zostaje obwieszczony w ten sposób:

Poszły sobie „w pizdu” albo jeszcze dalej

Tam

Gdzie hula „obłędny wiatr z obsydianu”

Wulgarny styl miesza się tutaj z nieco podniosłym językiem, który odnajdziemy zapewne w książkach o tematyce fantastycznej. Albo inny fragment, gdzie korporacyjny słownik skonfrontowany zostaje z infantylną przyśpiewką w stylu naszego słynnego hymnu na Euro 2012.

Jakże one by chciały z wigilijnym zapałem raz jeszcze móc wrzasnąć

witamy witamy

menadżera lidera dewelopera et cetera prawnika komornika ubezpieczyciela

i zaśpiewać

my robimy chrup chrup chrup

rip rip rip

Pytanie tylko, co z tej konfrontacji wynika? Moim zdaniem nic. Nic w tym sensie, że opisane języki nie potrafią się po prostu ze sobą komunikować. Na początku utworu pojawiają się szczątki Challengera, które zostają przemycone z innego wiersza: Gdzie koniec tęczy już dotyka Ziemii, który swoją drogą pojawia się na początku tomiku. Tam struktury niszczyły i powoływały się nawzajem. Sens wyłaniał się w zniszczeniu, może i kosztem czegoś, ale był. Komunikował się. I kiedy wydaje się, że jakieś porozumienie jest możliwe do osiągnięcia, uświadamiamy sobie, że nasz Challenger to rozbity na części reprezentant minionego świata. Rekwizyt, który może jedynie zachwycać, nie skłaniając o refleksji:

rety: piaskowiec i ceramika, pręty zbrojeniowe, szczątki Challengera (skąd je mamy?

były na wagę złota)

Bohater przypływający na swojej barce, przypomina turystę, którego spotkanie z dziełem sztuki nakłania jedynie do bezmyślnego multiplikowania rzeczywistości. Wyobrażam sobie kogoś, kto trzyma aparat i robi zdjęcie szczątkom rozbitego samolotu. A potem idzie do miasta, zobaczyć jak się bawi stolica. Bo zabawa jest niepodważalna. I w tym kontekście nie dziwi fragment, który zdradza ironiczny charakter wiersza, ale jednocześnie podsumowuje drogę, jaką przebyliśmy od początku do końca tomiku:

z „domu ran”

przenieśliśmy się do miasta pociech

Nie pozostaje więc nic innego, jak zaśpiewać w stylu „pocieszonej” stolicy:

no more chirpy chirpy

no more chip chip

no more cip cip kurka

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Trawers_(wspinaczka)

Fot: Lewis Hine, Icarus, Empire State Building

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz