2 września 2017 Literatura Poezja

Dźwig w oko festynu! – o jednym wierszu Andrzeja Sosnowskiego

 

Gdzie koniec tęczy już dotyka ziemi z tomu Trawers

Plan był prosty: otworzyć książkę, przeczytać wiersze, a jak się uda, to mieć może z tego jakąś refleksję. Otworzyłem książkę i zacząłem czytać, ale refleksja za cholerę nie przychodziła do głowy. W sumie czytałem jeden wiersz przez pięć dni. I nic. Dziś rano przyszło małe olśnienie. Wziąłem zeszyt i zacząłem pisać o: Gdzie koniec tęczy już dotyka ziemi. Poniżej mój pomysł na interpretację tego utworu:

Na początek może o strukturach. Co można o nich powiedzieć? Rytm wiersza naśladuje tu powtarzalność:

Do życia powołują się struktury,
Żeby usuwać, (…)
nawołują siebie do życia (…)
ćwiczą małe dewastacje.

Na takiej zasadzie działają struktury, mogą nawoływać, tworzyć, ale również dewastować. Ich celem jest rozwój: „one ćwiczą”, ale jedocześnie zniszczenie: „małe dewastacje”. Z tego zniszczenia musi wynikać coś więcej niż wojna. Być może mamy tylko chwilę, aby to uchwycić, moment, nim kolejne struktury zaczną wchłaniać nasz sens.

Sens wyłania się w zniszczeniu. Poddajmy się mu na chwilę. Np. taki fragment:

Spójrz na rysunek jaki mam na twarzy.
Dźwig konserwuje. Przejście administruje.
Budynek grozi. A co robi Ja?

Wskazuje on na językowy charakter przedmiotów. Odwraca w jakiś sposób relację człowieka do rzeczy. W normalnym świecie przejście może być zamknięte, udostępnione, budynek natomiast zbudowany, zniszczony, opuszczony. Wszystkie te właściwości związane są bezpośrednio z człowiekiem. To on opuszcza, niszczy, zamyka i udostępnia. W wierszu nieudostępnione przejście administruje, a zniszczony budynek grozi (zawaleniem). Znaczy to, że mamy tu do czynienia z rzeczywistością, w której przedmioty mówią same za siebie. I co w tym wszystkim może zrobić Ja? Pustka, niemożność.

I to też upomina się o pewien dystans. Wychylony przez okno samobójca schizofrenik, nasłuchuje śpiewu. Czy jest nam smutno? Biorąc pod uwagę, że to język wychyla kogoś: „wychylony przez parapet”, a zasadność naszych obaw zostaje zawieszona w pytaniu – raczej nie.

Albo inny fragment:

Brzydko płynie czas w jasnym oku festynu
jak źreniczki z tęczą. Shaken but unstirred

To „Shaken but unstirred” może się odnosić do słynnego powiedzenia agenta 007, ale równie dobrze może opisywać wyniki badań przeprowadzonych na ofiarach trzęsienia ziemi. „Wstrząśnięci, ale nie poruszeni”. Solidna dawka rozrywki lub coś w stylu traumy i zapomnienia.

Co najmniej tsunami, mówi Bal Anonim

W ten sposób mówi do nas wiersz. Chce nami wstrząsnąć, ale jednocześnie dać trochę zabawy. 

To zamknięcie się w języku nie męczy jednak. Jest taki świetny utwór muzyczno-poetycki stworzony przez Urszulę Kubacką i Olę Wasilewską. Zaczyna się słowami:

Wydostań mnie z tego języka, nie mogę w nim już mieszkać

Sam wiersz opowiada o miłości, która zrodziła się gdzieś w klubie, z mieszanki wstydu i bitów, ale z jakiegoś powodu zaczęła wygasać (jak miłość do psa). I w tej miłości tragicznej jest coś duszącego jak dym klubowych fajek, „razem jesteśmy/składem na smród”, czymś odczuwanym całkiem realnie, komórkowo. Na końcu następuje powtórzenie prośby o wydostanie się z języka, poza granice. Wszystko, co zostało powiedziane, to sapanie zmęczonego wiersza. Zmęczonego włóczeniem się od lokalu do lokalu. Wiersza, który chce poszukać swojego miejsca w świecie. „Jesień już Panie a ja nie mam domu”, można by powtórzyć za Dyckim.

U Sosnowskiego, podobnie jak u Kubackiej, bohaterem utworu jest język, z tą różnicą, że u autora Trawersu zamkniecie pełni jednocześnie rolę otwarcia. Otwarcia na grę, słowo, wieloznaczność. Nikt tu nie szuka nowego domu, nikt tu w ogóle nie szuka domu. Nieustannie w podróży. Od tęczy do ziemi, od Sopotu do Helsinek. Od Batumi do Zielonej Gęsi. Wędrowny wiersz wchodzi do klubu gęstego bitami i śpiewa.

Dźwig w oko festynu!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz